PKO Bydgoski Festiwal Biegowy

Startowe emocje jeszcze nie opadły, pora więc na gorąco zaserwować relację z tej „gorącej” imprezy 🙂

Była to pierwsza edycja PKO Festiwalu Biegowego w Bydgoszczy, w związku z czym wszyscy byliśmy ciekawi jak to wypali. Na pierwszy rzut oka zapowiadało się ciekawie. Dwa dystanse (10 km oraz półmaraton), do tego 10 km na rolkach, mini olimpiada dla dzieci, strefa dla kibica, strefa finishera… ale o tym za chwilkę, zacznijmy od…

Pakiet startowy

Tutaj bez większego zaskoczenia. Koszulka (bardzo fajna z resztą 🙂 ), numer startowy, chip, woda, trochę ulotek. Generalnie bez zastrzeżeń, w końcu nie chodzi o to, żeby było tam nie wiadomo co. A jeżeli ktoś by się przyczepił, że przy opłacie startowej rzędu 50 zł to mało, to nich czyta dalej 🙂

Biuro zawodów

Zlokalizowane na sali konferencyjnej Stadionu Zawisza. Przestrzenne pomieszczenie, sporo stolików z wolontariuszami. Pakiety można było odbierać już od piątku, co było dużym plusem, z czego też skorzystałem. Odbierałem ich w sumie 8 i całość udało się  załatwić w 15 minut. Wszystko szybko i sprawnie.

biuro

Dzień startu

Organizatorzy mieli już sporo pracy od samego rana. W pierwszej kolejności, o godzinie 9, na strat ruszyli rolkarze na dystansie 10 km. Bieg na 10 km ruszał punktualnie o 10, a półmaraton 8 minut później. Świetnie zostało to zaplanowane, gdyż „półmaratończycy” mieli do pokonania „haczyk”, czyli nieco ponad 1 km, zanim dobiegli do pętli 10 km. Z prostych wyliczeń wychodzi, że najszybsi dogonili zawodników z krótszego dystansu po niecałych 20 minutach. Od nikogo nie słyszałem, żeby był problem z przepychaniem się, czy blokowaniem. Z resztą trasa była szeroka, i przez dobre 90% dystansu prowadzona była dwupasmową jezdnią. Tu również należą się brawa dla organizatorów

Zanim ruszyliśmy, wszyscy zawodnicy mogli rozgrzać się na płycie stadionu. I pomimo tego, że startowało ponad 2000 biegaczy, miejsca każdemu wystarczyło.

Trasa

Można określić jako prostokąt 🙂 Jedna pętla to dokładnie 10 km, na którą składały się 4 ulice. Nie dało się pomylić 🙂 Biegnący na 21.1 km musieli pokonać 2 takie pętlę, oraz, o czym już wcześniej pisałem, dodatkowe 1.1 km na początku.

Długość trasy wyznaczona był idealnie, mój Garmin pokazał 21.11 km, czyli błąd… 14 metrów 🙂 Oczywistym jest, że to błąd pomiaru zegarka, gpsa, a nie Organizatora 😉 Z resztą określenie błąd jest tu stanowczym nadużyciem… Od razu przypomina mi się tu bieg na 10 km, który liczył 8.5 km… Bywa i tak 🙂

Przejdźmy teraz do tej mniej fajnej sprawy, a mianowicie profil wysokościowy…

Zaznaczę na wstępie, że nie mam pretensji do organizatorów, bo trasa była znana już od dawna i można było spokojnie ją sobie przebiec i zobaczyć co i jak. Nie mniej jednak była masakryczna 🙂 Prawie bez odcinka płaskiego, albo pooooowolny długi podbieg, albo strony i dość krótki zbieg. Tylko na Kamiennej był względnie płaski odcinek, może ze 2 km.

Screenshot (23 maja 2016 12-07)

Na domiar złego już na samym początku te 1.1 km było poprowadzone 2 razy przez dość stromy most i nogi troszkę „dostały”…

Strefa kibica

Jak wiadomo takie imprezy są przeważnie rodzinne. O ile przy krótszych dystansach poczekać te 25 czy 50 minut nie jest problemem, to jednak 2 godziny może ciągnąc się w nieskończoność. Organizator zadbał również i o to.

Kibice mogli się pożywić w niezliczonej ilości punktów – food tracków, czyli samochodów-restauracji 🙂 Podobnie z napojami – soki, soczki, shake’i – do wyboru, do koloru.

Strefa finishera

Zaraz po przekroczeniu mety dostępna była woda, tak na szybko. W między czasie oczywiście medal, zwrot chipa i … no właśnie 🙂 Od razu przypomniał mi się start w triathlonie, gdzie po zakończeniu rywalizacji można było odpocząć oraz konkretnie się pożywić. W tym przypadku było podobnie. Mini baseny z wodą, leżanki, ciasto, banany, pomarańcze, zimna woda do picia… aż się wychodzić nie chciało… W tym momencie jak pomyślałem o opłacie startowej, to byłem w szoku, że przy tak niskiej można zorganizować taką imprezę!

Teraz przejdźmy do tej mniej przyjemnej rzeczy, czyli do mojego startu 🙂

Początkowo opcje były dwie: albo jak noga poniesie to lecimy na życiówkę, czyli poniżej 1h 45m, albo celuję w 1h 53m.

Pierwsze 5 km

Ustawiłem się tuż za zającem na 1h 40m. Tak sobie pomyślałem, że postaram się jak najdłużej trzymać to tempo, a pod koniec najwyżej trochę zwolnię. Tuż po wystrzale startera ruszyliśmy. W pierwszej kolejności mini pętla i tempo w granicach 5 min/km. Myślę sobie, całkiem przyjemnie i w miarę lekko. Potem troszkę szybciej, w końcu średnia miała być około 4:43 min/km. 3 km też całkiem dobrze i sporo poniżej 5 min/km. Wiedziałem, że prędzej czy później przyjdzie kryzys… jednak spodziewałem się go dopiero gdzieś za 10 km 😉

Niestety, pogoda zrobiła swoje. Było mega duszno i gorąco, dodatkowo nie było metra cienia 🙁 Balonik z napisem 1h 40m zaczął się oddalać, wraz moim planem na życiówkę… No nic, lecimy dalej… Odcinek kończę w 25m 16s. Katastrofy nie ma, jednak już wiedziałem, że dobrego czasu z tego nie będzie…

6 – 10 km

Lekka mobilizacja, ale nadal słońce niemiłosiernie praży, a cienia jak nie było, tak nie ma. Na domiar złego cały czas pod górkę, lekko, ale nawet lekko przez 3 km zrobi swoje. Na szczęście był tu punkt z wodą i udało się trochę orzeźwić… 5:16, 5:30, 5:27… Dobra, 1h 53m uda się z tego wykręcić 🙂

Potem skręt w lewo, kurtyna wodna, trochę cienia i… kilkunastometrowy ostry podbieg na ulicę Gdańską… Cały zapas czasu skutecznie udało się zaprzepaścić… 5:53… Szczęśliwie zaczął się zbieg i udało się polecieć na 5:20… Całość 27m 26s

11 – 15 km

Kolejny kilometr to bieg przez most i zakończenie pierwszej pętli. W międzyczasie punkt z wodą i zdecydowałem się zjeść pół żelu.

Kiedy dobiegłem na rozpoczęcie drugiej pętli miałem szczere chęci zejść z trasy… Zostało co prawda tylko 10 km, ale jak pomyślałem, że znowu będzie podbieg, słońce nawet na chwilę nie przestało smolić… Trudno, nie ma co się poddawać, jakoś dam radę 🙂

Do 14 km biegło się już w sumie nieźle. Złapałem rytm na jakieś 5:35 i tak chciałem zostać już do końca. Niestety na 15 km przyszedł kryzys i zwolniłem na 5:56… Jak się potem okazało, był to ostatni kilometr z 5 z przodu… Czułem się jak na 35 km maratonu a nie na 15 półmaratonu. 28m 16s…

16 km – meta

Przy jako takim funkcjonowaniu podtrzymywała mnie myśl, że meta jest już na ostatniej prostej za zakrętem. Ta prosta miała kilka kilometrów, ale jakoś trzeba było się pocieszać… Więcej o tym odcinku nie napiszę. 5 km w ponad 31 minut… Szczerze mówiąc to treningowo biegałem szybciej ostatnio…

Ale satysfakcja mimo wszystko na mecie była. Sam fakt ukończenia biegu w takich warunkach był już nie lada wyzwaniem, zważywszy na to, że nie było kilometra, gdzie karetka by nie zabierała kolejnego biegacza… Służby medyczne miały pełne ręce roboty, ale na szczęście spisały się na 5 z +, duuużym plusem!

Miało być 1h 53, potem walka o złamanie 2h… Udało się: 1h 58m 16s. Lekki zapas był 🙂

Mimo wszystko jestem zadowolony. Impreza na najwyższym poziomie, a mój wynik… cóż, chyba jeszcze nie byłem przygotowany na taką pogodę, ale cały sezon letnich startów i treningów w pełnym słoneczku jeszcze przede mną 🙂

Tags from the story
, , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.