Bydgoski Bieg Urodzinowy

Czasem tak się wszystko układa, że starty w zawodach muszą zejść na drugi plan. Akurat w niedzielę rano, kiedy rozgrywane są biegi uliczne, mam zajęcia… Szczęśliwie Bydgoski Bieg Urodzinowy starował o 15 🙂

Co prawda to tylko 5 km, ale sobotę odpuściłem zupełnie. Cały tydzień miałem dość intensywny, dlatego ten jeden dzień przerwy przydał się.

Ze względu na niedzielne 2 godziny zajęć fitness, musiałem planowanie zacząć od wczesnych godzin porannych. Pobudka o 7 rano, porządne śniadanie, spacer z psem i na zajęcia. Potem szybka regeneracja, aminokwasy BCAA, posiłek, gorąca, rozluźniająca kąpiel i dalej w drogę.

Pakiet udało się odebrać bez żadnych problemów. 5 minut i po sprawie. A w nim koszulka, chip i numer startowy. Jeżeli chodzi o koszulkę, czy dobra i ładna, to szczerze powiem – nie wiem… mam już całą szafę jeszcze zafoliowanych 🙂

Pogoda tego dnia nie rozpieszczała. Cały czas albo wiało, albo padał śnieg lub deszcz, albo wszystko na raz. Około 15 minut przed startem szybka rozgrzewka – jakieś 500 metrów truchtu, kilka szybszych przebieżek, podskoków i już byłem gotowy do startu.

Znając realia strefy startowej ustawiłem się raczej z przodu. Równo o 15 rozpoczęło się odliczanie, strzał startera i ruszyliśmy.

Na początku wolno, było sporo biegaczy, a trasa ciasna i za bardzo nie było jak wyprzedzać. Nie mniej jednak udało się utrzymać tempo poniżej 5 min/km. Wiedziałem, że ten bieg to będzie walka o złamanie 25 minut, ale cały czas nie odpuszczałem. Pierwszy km i 4m 55s. Całkiem dobrze, ale zapas był minimalny…

Potem się zaczęło… Cała grupa zawodników, która cisnęła po 4:30 min/km, zupełnie będąc nie przygotowanym na takie tempo zwolniła i trzeba było się przeciskać. Dlatego uważam, że strefy startowe powinny być wyznaczane na każdym biegu…

Ale nic na to nie poradzę i po prostu robiłem swoje. Udało się nawet trochę przyspieszyć. Tętno cały czas gdzieś w granicach 162-163. Jak na mnie wysokie, ale nie sprawiało mi dużego dyskomfortu. Na tym etapie udało się uzyskać jakieś 10-12 sekund zapasu. Noga już była lekko zakwaszona, ze względu na wbieg na Most Esperanto. Muszę nieco popracować nad siłą biegową, bo o ile jest płasko, to noga niesie, ale każde wzniesienie masakruje. Może to też kwestia braku pełnej regeneracji…

Kolejny, trzeci kilometr nadal podobnie, może odrobinę wolniej, ale nadal poniżej 5 min/ km. Mimo wysokiego tętna, biegło się całkiem dobrze. Na trasie zrobiło się luźniej, tempo ładnie się ustabilizowało.

Czwarty kilometr i wiedziałem już, że raczej uda mi się złamać założone 25 minut. Troszkę łezka się w oku zakręca, na wspomnienie życiówki na poziomie 22m 30s, ale… 🙂 Wszystko idzie w dobrym kierunku 🙂

Tym czasem wróćmy do biegu. To jest ten moment, w którym zapada decyzja – wszystko albo nic. Kto nie ryzykuje ten nie ma, więc postanowiłem przyspieszyć. Tempo już bliżej 4:45 – 4:50 min/km. Niestety jakieś 300-400 metrów przed metą złapała mnie kolka ;( Nie było opcji, musiałem trochę zwolnić. Później sprawdzając GPSa wyszło, że straciłem około 10 sekund.

Na szczęście jak zobaczyłem metę to udało się wykrzesać ostatnie siły 🙂 Wbieg na metę, medal i kilka minut na dojście do siebie.

Powiem szczerze, że biegło mi się wyjątkowo dobrze. Oprócz wbiegów i zbiegów po schodkach nie miałem jakiś większych kryzysów. Gdzieś trochę w połowie 4 km za bardzo się rozproszyłem i zwolniłem. Ale jak zobaczyłem tętno 152 to od razu pełna para i do przodu 🙂

Ostateczny czas to 24m 18s. Zważywszy na nieregularność treningów i zmęczenie jestem bardzo zadowolony. Myślę, że następna piątka już będzie miała 23m z przodu.

PLUSY
stabilne tempo na całej trasie
równe tętno
dobre samopoczucie podczas biegu

MINUSY
nie mogłem przyśpieszyć powyżej 4:45

Tags from the story
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.