Wings For Life World Run

Start ten planowałem już od dłuższego czasu. Była to jedna z moich głównych imprez zaplanowanych na ten rok.

Przygotowania logistyczne zacząłem tak naprawdę od piątku. Nie było to łatwy dzień, ponieważ miałem 4 godziny zajęć i wiedziałem, że będzie to miało wpływ na niedzielny bieg. W piątek miałem już dograny nocleg w hotelu, produkty spożywcze oraz transport.

Sobota to głównie szykowanie posiłków i regeneracja. Nogi jak z kamienia, ale na szczęście mam na to już sprawdzone sposoby 🙂 BCAA, gorąca i zimna woda itp itd…

Pierwszy raz miałem okazję przygotować samodzielnie naleśniki. Niestety, ale wyszły tak dobre, że miałem ochotę zjeść je na ciepło 🙂 Musiałem się powstrzymać, gdyż musiał bym biec o schabowym ;p

Popołudnie to oczywiście dojazd do Poznania. Akurat wjeżdżałem od strony Malty, więc postanowiłem odebrać po drodze pakiet startowy. Wszystko odbyło się bardzo sprawnie i mogłem w końcu udać się do hotelu. Wieczór również poświęciłem na regenerację: spacer w pieskiem, którego na szczęście mogłem ze sobą zabrać do hotelu, potem jedzenie (białko + węgle) i zimny/gorący prysznic.

Bieg rozpoczynał się w niedzielę o godzinie 13, więc mogłem się wyspać. Jak pewnie się domyślacie, nocka nie była jednak spokojna. W głowie różne scenariusze, liczenie, przeliczanie… Nie mniej jednak rano wstałem całkiem wyspany i gotowy do działania. W końcu mogłem zjeść moje naleśniki. To był chyba najlepszy moment dnia 🙂 Potem szybki spacerek z pieskiem, jeszcze coś tam dojadłem, cały czas butelka z wodą.

Na Malcie stawiłem się około godziny 11. Udało się auto zaparkować dosyć blisko, bo przy Termach, skąd udałem się na start. Pogoda była średnia – dość chłodno, ale na szczęście nie padało. Nie obyło się oczywiście bez wizyty w Toi-Toiu 🙂 Atmosfera była przyjemna. Pokaz lotniczy, sporo ludzi, komentarz na żywo, rozgrzewka zorganizowana przez Pumę. Czas leciał bardzo szybko i nie było mowy o nudzie. Około 12.20 ruszyłem do swojej strefy startowej.

Okazało się, że stoję całkiem blisko bramki. Dobrze, ponieważ strefa 4 była oddalona o około 100m, więc cenne sekundy by uleciały.

12:40… 12:50… 12:55… START !!

Nie ma co ukrywać – ciasno. W końcu 6000 osób, a ścieżka wąska. Z nieoficjalnych informacji wiem, że za rok start jest planowany z innego miejsca (nadal jednak Poznań), więc może będzie trochę lepiej.

Pierwszy km to bardziej dreptanie i powolne przepychanie się do przodu. Ogólnie mój plan na bieg był nieco inny niz zawsze – nie patrze na tempo, tylko tętno. Starałem się utrzymywać na progu, czyli w moim przypadku około 160 ud./min. Na szczęście mój zegarek Garmin (630) ma taka funkcję, więc znacznie ułatwiło mi to bieg (alerty).

Biegło się bardzo przyjemnie. Tempo oscylowało w granicach 4:50 – 5:10 min/km. Obawiałem się, że to trochę za dużo, ale czasem trzeba zaryzykować. Do tego prawie cały czas było z górki, więc postanowiłem to wykorzystać.

Tuż za 5 km był rozstawiony pierwszy punkt odżywczy. Czułem się całkiem dobrze, jednak już trzeba było myśleć co będzie dalej. Odpuszczenie punku na początku zawsze skutkuje w późniejszym etapie, dlatego chwyciłem pół banana, trochę izotonika i kubeczek wody.

Kolejne kilometry leciały jeden po drugim. W głowie różne myśli, liczenie, czy zwolnić, czy jeszcze trochę przyspieszyć… Rozwaga jednak jest kluczem do sukcesu, dlatego dalej biegłem swoje.

Po 10 km miałem czas około 51m 30s.

W planie było przebiec 21 km, co dawało średnią 5:20 min/km. Nie wydawało się to w tym momencie trudne, ale…

Zmieniły się warunki terenowe. O ile jeszcze 11 i 12 km był w miarę płaski, to niestety potem było już gorzej. Na tyle gorzej, że walczyłem o tempo poniżej 6 min/km. Woda i banan na 11 km znowu dodały trochę świeżości, jednak na długo to nie wystarczyło. Tętno cały czas na granicy 160. Tutaj też wyszedł ten piątek, o którym wspomniałem wcześniej. Nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Po biegu zauważyłem, że dzieje się to głównie na wzniesieniach, dlatego już dołożyłem trening siły biegowej 🙂

16 km i chwila odpoczynku. 3 punkt żywieniowy. Tym razem oprócz izotonika doszedł kawałek czekolady 🙂 Chwila przyjemności i pędziłem dalej. Wiedziałem, że to już początek końca, dlatego zacząłem przyspieszać. nie było to duże przyspieszenie, ale udało się sporo sekund urwać 🙂

Na 18 km usłyszałem, że Małysz już jest blisko. Udało się wykrzesać jeszcze trochę sił. Koniec był już blisko, więc się już nie oszczędzałem. Tętno skoczyło do 168 i zaraz po tym jak minąłem tabliczkę 19 km minął mnie samochód z Małyszem na pokładzie 🙂

Potrzebowałem kilku sekund, aby dojść do siebie. Na powyższym zdjęciu widać samochód pościgowy, który zdążył już się oddalić.

Z jednej strony była ulga, że już koniec, a z drugiej pewien niedosyt. Jednak ostatecznie jestem z wyniku zadowolony. To była dobra lekcja. Za rok już będę mądrzejszy o te doświadczenia 🙂

W klasycznym biegu zasada jest prosta – im szybciej biegniesz, tym szybciej kończysz bieg. Tu jest odwrotnie – im szybciej biegniesz, tym dłużej pozostajesz na trasie. Trzeba to wypośrodkować i to jest najtrudniejsze w tym biegu.

I to by było na tyle… Pora wrócić do treningów i szykować się na kolejne starty 🙂

Tags from the story
, , ,

5 komentarzy

  • Zegarek TomTom Spark 3 w opcji Cardio + Music to najlepszy sprzęt z jakiego dotychczas korzystałem. GPS mnie nie zawiódł, pomiar tętna też jest moim zdaniem dokładny, na pewno tętno z nadgarstka jest lepszą opcją od pasa. Doskonale sprawdza się na treningu biegowym, podczas jazdy na rowerze i na basenie. Lubię od czasu do czasu pobiegać z muzyką, dlatego z tej opcji też jestem zadowolony.

  • Ja korzystam z tomtoma z pomiarem tętna i tak, jak wspomniałeś, z wbudowanym mp3 -no tutaj musze akurat ich pochwalić, bo te najbardziej, nazwijmy to, wypasione modele to wg mnie zaliczają się do top3 tego typu gadżetów. Maż teraz ma adventure, ale to tez ze względu na sporty zimowy i inne bajery.
    TomToma mogę polecić, bo korzystam sama, ale inne zegarki też zawsze warto sprawdzic i czytac, dużo czytać np. na grupach dla profesjonalistów.
    Również pozdrawiam

  • Bardzo fajny tekst. Zainteresowała mnie wzmianka o zegarku – czy korzystał Pan wcześniej z innych tego typu gadżetów? Ja zastanawiam się właśnie nad Tomtomem w wersji Cardio. Co Pan sądzi? Słyszałem dobre opinie, ale właściwie w praktyce to z żadnego nie korzystałem.
    Pozdrawiam 🙂

    • Na początku korzystałem wyłącznie z Endomondo. Potem przesiadłem się na Garmin Forerunner 620 a następnie na 630. Żona posiada Garmin 235 z pomiarem tętna z nadgarstka i również jest z zegarka bardzo zadowolona. BTW, jeszcze dzisiaj na blogu postaram się umieścić recenzję mojego zegarka 🙂
      Z tego co wiem TomTom Cardio też jest bardzo dobrym zegarkiem i użytkownicy bardzo go sobie chwalą. Szczególnie, że dostępna jest wersja music z bezpośrednią obsługą mp3. Polecił bym również zainteresować się zegarkami Polar. Wszystko zależy od potrzeb i posiadanego budżetu 🙂
      Po ponad roku korzystania z zegarka zamiast telefonu muszę przyznać, że jest to zupełnie inny komfort biegania. Wszystkie dane zawsze mamy pod ręką, obsługa jest intuicyjna, a bateria wystarcza na 8-10 godzin treningu. W razie pytań chętnie doradzę.
      Pozdrawiam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.