Biegaj w Niemczu

Spontaniczne starty są zawsze najlepsze. Czy tak było tym razem? Zapraszam do lektury.

Tego biegu nie planowałem. Dowiedziałem się o nim mniej więcej na 10 dni przed startem. Wychodzę jednak z założenia, że są to doskonałe okazje do sprawdzenia formy, bądź do wykonania mocnego treningu. Dodatkowym plusem była lokalizacja – 15 minut samochodem od domu 🙂

Nie będę rozpisywał się o samej organizacji biegu. Generalnie nie było żadnych problemów. Wszystko w jak najlepszym porządku. Bieg był kameralny, startowało poniżej 100 osób.

Trasa składała się z 3 okrążeń, co razem dawało dystans 10 km. Niestety nie było praktycznie ani skrawka cienia, a pogoda dopisała tego dnia aż nadto. Punkty z wodą były 2 na każdym okrążeniu, więc nie było problemu z nawodnieniem.

Jak już wcześniej pisałem impreza była kameralna. W związku z tym start był całkiem przyjemny. Nie było ciasno, nie trzeba było się przepychać, warunki bardzo dobre. Planowałem ukończyć bieg w granicach 50 minut. Było gorąco, trasa praktycznie albo pod górkę, albo z górki, generalnie nie było szans na lepszy czas.

Początek biegło mi się nadzwyczaj dobrze. Pierwszy km pobiegłem w 4m 18s. Wiedziałem, że przy takich warunkach pogodowych i zmęczonych nogach* prędzej czy później zemści się to na mnie 🙂

*czwartek 4 godziny zajęć, piątek 3 godziny 😉

Wiadomo, wolałem żeby to raczej było później. Drugi km i 900m podbieg… Nogi odrobinkę zrobiły się jak z kamienia, ale udało się wykręcić 4m 48s i mieć w zapasie około 1 minuty. Co się wzniosło, musi też opaść, dlatego do zakończenia 1 okrążenia było już z górki, a tempo starałem się utrzymywać w okolicach 5 min/km, trzymając bezpieczny zapas.

Po zakończeniu 1 okrążenia wiedziałem już, że nie będzie to łatwy bieg. Tętno znacznie wyższe niż zawsze. Jeszcze kilka miesięcy temu 160 to był mój max, a teraz skakało nawet do 168 !!

Plan na 2 okrążenie był następujący – odrobinę zwolnić, żeby 3 kółko znowu przycisnąć. Starałem się trzymać tempo 5:10 min/km. Znowu przyszedł czas na podbieg. Dobił mnie strasznie, ale…

…właśnie, ale… Człowiek w ferworze walki zapomina o wszystkim i w tym momencie z za pleców wyłonił się bardzo miły biegacz „wujek dobra rada” (nie mylić z Wujkiem Poradą). I usłyszałem tylko: pochyl się, skróć krok i odrobinę przyśpiesz, nogi trochę popieką, ale dasz radę szybciej wbiec… I wiecie co? Pomogło! Przyśpieszyłem i podbieg, który jeszcze przed chwilą wydawał się Mount Everestem stał się całkiem przyjemny 🙂

Kolejny nawrót, ale nie wiedzieć czemu nie wziąłem wody (?!?). Zorientowałem się jakieś 15 metrów dalej. Nie chciałem już wracać, bo straciłbym dobre 15-20 sekund. W tym momencie znowu odzyskałem wiarę w człowieka. Biegaczka, która była dosłownie metr przede mną odwraca się i pyta, czy chcę wody 😀 Na nawrotach woda wydawana była w takich plastikowych miseczkach a nie kubeczkach, więc sporo by się zmarnowało. Nie powiem, trochę mnie to postawiło na nogi i mogłem odrobinę przyspieszyć.

Po 5 km miałem zanotowany czas około 24m 30s, więc cały czas średnia poniżej 5 min/km.

Po zakończeniu 2 okrążenia wiedziałem już, że jak nic się nie wydarzy, to wynik będzie właśnie w granicach 50 minut.

Cały czas starałem utrzymywać się założone tempo. I tak leciały kolejne kilometry: 5:06, 5:09, 5:05. Wyrobiony zapas powoli się kurczył, tętno skakało już nawet ponad 170, biegło się ciężko, ale już na horyzoncie gdzieś było widać metę. Ostatni podbieg dobił mnie zupełnie i 9 km zakończyłem w 5m i 13 s.

Nie ukrywam, bardzo chciałem złamać 50 minut. 50 minut i 15 sekund nie interesowało mnie 🙂 Oczywiście dalej był by to dobry wynik, ale chciałem złamać granicę psychologiczną. Doświadczenie podpowiadało mi, że GPS troszeczkę zawyża pomiar i tak na prawdę jestem odrobinę dalej niż 9 km, jednak na stoperze widniało już 45m 13s.

Jak zawsze postawiłem wszystko na jedna kartę. Albo pobiegnę ostatnie 1000 m (może 950?) poniżej 5 minut i będzie mega satysfakcja na mecie, albo się zagotuję i zdyszany wbiegnę z czasem 50m i kilka sekund (…)

Intuicja mnie nie zawiodła. Do mety było około 900 metrów i pokonałem ten odcinek w czasie 4m 27s, co dało czas netto 49m 53s 🙂

Nie powiem, wynik bardzo mnie ucieszył. Potrzebowałem bodźca do szybszego biegania. To mi pokazało, że nadal jestem w stanie złamać 50 minut i to na zmęczonych nogach, w trudnych warunkach terenowo-pogodowych.

Podsumowując, impreza bardzo udana, jestem z wyniku zadowolony i na dodatek na mecie czekał przepiękny medal 🙂

Tags from the story
, , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.