Bydgoszcz Triathlon 2018: Rozdział 1 – Woda

Jeżeli chodzi o triathlon, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem amatorem. Nie mam pianki, rower to klasyczny „góral”. Ale nie o to w tym wszystkim chodzi 🙂 Startuję dla siebie, dla przyjemności !

Chociaż czasem chciało by się więcej. Dlatego na następny sezon będzie trzeba zaopatrzyć się w sprzęt trochę wyższej klasy 😉

Wróćmy do tematu…

Pakiecik udało mi się odebrać bezproblemowo w piątek po godzinie 17. W planie miałem jeszcze pod wieczór skoczyć i wrzucić rzeczy do strefy zmian, ale wolałem na spokojnie wszytko uszykować.

W międzyczasie rozejrzałem się po okolicy, aby podczas startu nie martwić się, gdzie odstawić rower, czy jak biec. Moje obawy okazały się jednak nieuzasadnione, gdyż wolontariusze doskonale kierowali zawodników w odpowiednie miejsce.

Po powrocie do domu zacząłem szykować rower. Wymieniłem jedną dętkę, wszystko oczyściłem i nasmarowałem, wyregulowałem przerzutki i hamulce. Jak wiadomo, rower jest kluczowy w triathlonie, gdyż każda jego awaria może zakończyć wyścig.

Następnie uszykowałem rzeczy do pływania i na bieg, naładowałem zegarek, i wszystko spakowałem, aby rano być już gotowym 🙂

Strefa otwarta była od 7:00 do 8:15, dlatego na spokojnie wyjechałem kilka minut przed 7. Kto mnie zna, ten wie, że mieszkam ok. 1.5 km od miejsca startu 🙂 Musze przyznać, że sytuacja komfortowa. Znam wszystkie boczne uliczki, wiem, gdzie można zaparkować auto i ile zajmuje, w razie czego, spacer.

Rower wstawiony, ciuszki w skrzynce, więc na spokojnie wróciłem do domu, zjadłem śniadanie i wypiłem izotonik. W tym miejscu muszę przyznać, że popełniłem błąd „za 4 złote”… Niestety, ale tyle kosztują dwie butelki izotonika, które powinny się znaleźć w strefie zmian. Drobny błąd, który kosztował mnie bardzo wiele, ale o tym później…

Start mojej fali zaplanowany był na godzinę 9:40, dlatego na spokojnie udałem się około 9:10 na miejsce. Nie mogło być inaczej, jak porządnie się rozgrzać. Dlatego trochę podreptałem, dynamiczny stretching i hop do wody. Muszę przyznać, że pierwszych kilka chwil było… hm… rześkie 🙂 Nawet trochę bałem się, że bez pianki zmarznę. Ale wystarczyło przepłynąć się kawałek i moje obawy zostały rozwiane.

Miej więcej 10 minut zostało do startu, dlatego zacząłem ustawiać się w kolejce. Szczerze mówiąc nie czułem stresu. Wiedziałem, że dam rade, gdyż to nie był mój pierwszy start na tym dystansie. Przyszła pora i na mnie… 3… 2… 1… i hop do wody.

Do przepłynięcia była pętla o długości 950 metrów. Najpierw pod prąd, a potem z prądem, ale po kolei.

Pierwszych 20-30 metrów to było dopłynięcie „prostopadle” do pierwszej bojki. Początek jest zawsze najtrudniejszy, gdyż należy złapać rytm, wyczuć nurt wody. A tu na dodatek zaraz pierwszy skręt i płynięcie pod prąd.

Dopiero po około 150 metrach złapałem swój rytm i zacząłem płynąć płynnie i równo. Przerażał mnie czas, nie mniej jednak wiedziałem, że płynę pod prąd.

Z każdym kolejnym ruchem było coraz ciężej. Nurt rzeki nie był jednak taki łagodny, jak było mówione na starcie 😉 Jedno, co się sprawdziło, to czystość wody. Była naprawdę przejrzysta. Widziałem wszystkie glony 🙂 Z jednej strony to dobrze, bo co chwila się o jakiś ocierałem, co sprawiało wrażenie płytkiej wody. To może być szczególnie ważne dla osób nie obytych z otwartą wodą.

I tak powoli mijałem bojkę za bojką, aż w końcu dopłynąłem do końcowej – żółtej. W tym miejscu, jak na starcie, około 20-30 metrów prostopadle i powrót.

Wydawało mi się, że jest źle, bardzo źle… zegarek pokazywał jakieś 18 minut !! Po ostatnim treningu w basenie liczyłem na 27, max 28 minut, a nie ponad 30. Ale co zrobić… W końcu to kilka minut różnicy.

Jak to mówią – pływaniem triathlonu się nie wygrywa, a można przegrać. Dlatego nie chciałem dociskać na siłę, tylko dalej robiłem swoje.

I tak mijała bojka za bojką, ale jakoś tak szybciej. Nawet nie miałem czasu zbytnio glonów podziwiać 🙂 Przepłynąłem koło jakiegoś statku, potem pod jakimś drzewkiem i już na horyzoncie widziałem charakterystyczną bojkę i wyjście z wody. Muszę przyznać, ten widok mnie ucieszył 🙂 Lubię pływać, ale w kontekście całego triathlonu wydaje mi się strasznie nudne…

Ostatnie ruchy, jeszcze mała walka z prądem, żeby lekko zawrócić do wyjścia i po wszystkim.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy spojrzałem na zegarek a tam 25 minut z kilkoma sekundami !! Oficjalny czas to 27m 13s, ale nie jestem pewny, gdzie była belka pomiarowa.

Generalnie z czasu jestem bardzo zadowolony, gdyż właśnie na taki liczyłem.

Kończyć jeszcze nie będę. Został bowiem dobieg to strefy zmian i ubranie butów i koszulki. Niby to tylko około 150 metrów, ale jednak cenne sekundy cały czas leciały. Z jednej strony dobrze, że płynąłem bez pianki, bo należało ją zdjąć przed wejściem do hali.

Pobyt w T1 zajął mi niecałe 5 minut, co jest dobrym wynikiem 🙂 Jednak trochę czynności jest do wykonania: dobieg, osuszenie nóg, ubrać skarpetki i buty, koszulkę, numer startowy, kask, zdjąć rower ze stojaka i jeszcze dostać się do wyjścia…

I tu pojawia się wcześniej wspomniany błąd. Niby to tylko pół godziny, ale już odrobinę „suszyło” 🙁 Liczyłem na to, że może gdzieś zaraz po wyjściu z rowerem będzie woda czy żel, jednak…

No właśnie, jednak co, o tym w drugiej części 🙂

Tags from the story
, , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.